To modne słowo odmieniamy w Polsce przez wszystkie przypadki. Marnotrawimy jednak wielki potencjał innowacyjnych firm

123rf/zdjęcie seryjne
Kluczowe dla klimatu rozwoju innowacji i sektora B+R w Polsce są nie zainwestowane środki, ale to, w jakiej formie (i czy) te środki wrócą na rynek, zarówno ten krajowy, jak i zagraniczny. Innymi słowy: czy inwestycja się zwróci i przyniesie komercyjny zysk.

Innowacje” to od jakiegoś czasu jedno z najmodniejszych słów w szeroko rozumianej polskiej polityce rozwoju. Po pierwsze dlatego, że to na ten cel mają być przeznaczone główne środki, jakie w najbliższych kilku latach trafią do nas z Brukseli. Po drugie – jest to jeden z pięciu punktów rządowego planu rozwoju. Ponadto, w kwestiach zmian legislacyjnych – 4 listopada 2016 r. Sejm uchwalił tzw. małą ustawę o innowacyjności, w której przewidziano liczne udogodnienia i ulgi dla inwestorów stawiających na innowacje i B+R. Ma to być dopiero początek „innowacyjnej” rządowej inicjatywy wicepremierów Gowina i Morawieckiego.


Wszystko to ma sprawić, że klimat w Polsce, związany właśnie z badaniami naukowymi i ich wdrożeniem, znacząco się poprawi, bo póki co – chociaż względem ostatnich trzech lat zrobiliśmy krok do przodu – nadal zostajemy mocno w tyle za innymi krajami Europy. W ubiegłym roku wydatki budżetu państwa na ten cel wyniosły 1 proc. PKB. Polscy przedsiębiorcy w zasadzie nie skorzystali z niepraktycznej ulgi na nowe technologie. Wielu z nich nie wiedziało nawet, że takowe ulgi w ogóle są.

To m.in. na takiej podstawie część ekspertów analizujących sektor B+R i innowacji twierdzi, że polityka pobudzania innowacyjności przez publiczne nakłady finansowe nie sprawdza się. I że mimo wysokich nakładów na szkolnictwo wyższe czy badania, wskaźniki wciąż są niezadowalające. Pytanie – jak w ogóle powinno się mierzyć innowacyjność? Póki co, najczęściej są to raporty, które w moim odczuciu, nie są właściwymi miernikami analizowania sytuacji.

Raporty dostarczają dane – liczby i procenty. I niewiele więcej. Realne są inne wyniki, np. te, które mówią, o komercyjnych sukcesach na rynku, o tym, czy fundusze seed’owe/VC mają tzw. exity (tzn. wychodzą z inwestycji z sukcesem), czy pojawiły się jakieś osiągnięcia, którymi można się pochwalić i czy rzeczywiście dane przedsiębiorstwo dzięki inwestycjom w B+R zwiększyło swoją produkcję o określony procent. To są realne dane, dużo bardziej miarodajne niż mówiące o deklaracjach, że "X % firm chce inwestować w B+R".

Właściwym miernikiem nie jest też ilość publicznych środków pieniężnych przelanych na naukę, ale to, ile z projektów, które zostały sfinansowane z tych środków, osiągnie sukces komercyjny, ile projektów pojawi się na rynku - zostanie wdrożonych do naszej codzienności. Wydaje się, że powoli zaczynamy podążać właściwą drogą – coraz więcej środków jest dystrybuowanych jako instrument finansowy lub fundusz zalążkowy, a więc to doświadczeni menadżerowie decydują o tym, dokładając swoje prywatne pieniądze, w jakie spółki portfelowe zainwestować.

Zmieniła się także droga przepływu środków publicznych na naukę - w poprzedniej perspektywie finansowej, a przynajmniej w jej pierwszych 4-5 latach, finansowane były jednostki naukowe i konsorcja złożone z jednostek naukowych, czyli środki trafiały najpierw do nauki, a potem wytworzone w ten sposób technologie miały trafić na rynek. Okazało się, że taki sposób dystrybucji pieniędzy przyniósł mizerne rezultaty – wykazał to program Bridge Mentor przeprowadzany przez NCBR, którego głównym zadaniem było sprawdzenie efektów projektów z pierwszej osi priorytetowej Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.

Analiza dowiodła, że tylko kilkanaście ze sfinansowanych projektów ma potencjał komercyjny. Stąd nowa droga inwestowania – środki publiczne mają najpierw trafiać do biznesu, a dopiero w drugiej kolejności biznes ewentualnie zamawia to, czego potrzebuje w nauce. Ten model ma szansę przynieść wymierne efekty.

Powinniśmy pokazywać dobre praktyki i sukcesy. To one tak naprawdę są prawdziwym miernikiem tego, czy stworzymy w Polsce ekosystem innowacji, czy nie. Powinniśmy pokazywać, że nasze firmy są w stanie wejść na rynek globalny, że potrafią sprzedawać swoje produkty i usługi na całym świecie. Najlepszymi tego przykładami są chociażby Live Chat, Estimote czy też G2A, CD Projekt RED i szereg innych polskich producentów z branży gier wideo.

Chciałbym pisać o tym, co realne, także w moim świecie prawniczym, a nie czymś będącym teorią – opisem kolejnej ustawy lub danych z kolejnego raportu. A realne jest to, co zmienia lub blokuje zmianę naszej rzeczywistości.
Trwa ładowanie komentarzy...