O autorze
Specjalizuję się w zagadnieniach prawnych finansowania badań naukowych i prac rozwojowych a także praw własności intelektualnej. Przez ostatnie lata byłem związany z Narodowym Centrum Badań i Rozwoju, pełniąc funkcje dyrektora działu prawnego. Wcześniej pracowałem dla Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz kilku warszawskich kancelarii. Uczestniczyłem w kilkudziesięciu procesach legislacyjnych związanych z finansowaniem B+R, współtworzyłem modele wsparcia publicznego dla innowacji. Jestem twórcą nowych interpretacji zwolnienia usług badawczych ze stosowania prawa zamówień publicznych. Udało mi się doprowadzić do precedensowego wyroku sądu administracyjnego stwierdzającego niestosowanie przez NCBR - jako jednostkę sektora finansów publicznych - kodeksu postępowania administracyjnego przy przyznawaniu środków na naukę. Przez ostatnie lata prowadziłem szkolenia z zakresu komercjalizacji dla przedsiębiorców i instytucji naukowych. Teraz tworzę dział wsparcia innowacji w firmie prawniczej LSW Leśnodorski Ślusarek i Wspólnicy - od A do Z będziemy pomagać w kwestiach prawnych funduszom VC, polskim przedsiębiorcom inwestującym w B+R i startupom.

To modne słowo odmieniamy w Polsce przez wszystkie przypadki. Marnotrawimy jednak wielki potencjał innowacyjnych firm

123rf/zdjęcie seryjne
Kluczowe dla klimatu rozwoju innowacji i sektora B+R w Polsce są nie zainwestowane środki, ale to, w jakiej formie (i czy) te środki wrócą na rynek, zarówno ten krajowy, jak i zagraniczny. Innymi słowy: czy inwestycja się zwróci i przyniesie komercyjny zysk.

Innowacje” to od jakiegoś czasu jedno z najmodniejszych słów w szeroko rozumianej polskiej polityce rozwoju. Po pierwsze dlatego, że to na ten cel mają być przeznaczone główne środki, jakie w najbliższych kilku latach trafią do nas z Brukseli. Po drugie – jest to jeden z pięciu punktów rządowego planu rozwoju. Ponadto, w kwestiach zmian legislacyjnych – 4 listopada 2016 r. Sejm uchwalił tzw. małą ustawę o innowacyjności, w której przewidziano liczne udogodnienia i ulgi dla inwestorów stawiających na innowacje i B+R. Ma to być dopiero początek „innowacyjnej” rządowej inicjatywy wicepremierów Gowina i Morawieckiego.



Wszystko to ma sprawić, że klimat w Polsce, związany właśnie z badaniami naukowymi i ich wdrożeniem, znacząco się poprawi, bo póki co – chociaż względem ostatnich trzech lat zrobiliśmy krok do przodu – nadal zostajemy mocno w tyle za innymi krajami Europy. W ubiegłym roku wydatki budżetu państwa na ten cel wyniosły 1 proc. PKB. Polscy przedsiębiorcy w zasadzie nie skorzystali z niepraktycznej ulgi na nowe technologie. Wielu z nich nie wiedziało nawet, że takowe ulgi w ogóle są.

To m.in. na takiej podstawie część ekspertów analizujących sektor B+R i innowacji twierdzi, że polityka pobudzania innowacyjności przez publiczne nakłady finansowe nie sprawdza się. I że mimo wysokich nakładów na szkolnictwo wyższe czy badania, wskaźniki wciąż są niezadowalające. Pytanie – jak w ogóle powinno się mierzyć innowacyjność? Póki co, najczęściej są to raporty, które w moim odczuciu, nie są właściwymi miernikami analizowania sytuacji.

Raporty dostarczają dane – liczby i procenty. I niewiele więcej. Realne są inne wyniki, np. te, które mówią, o komercyjnych sukcesach na rynku, o tym, czy fundusze seed’owe/VC mają tzw. exity (tzn. wychodzą z inwestycji z sukcesem), czy pojawiły się jakieś osiągnięcia, którymi można się pochwalić i czy rzeczywiście dane przedsiębiorstwo dzięki inwestycjom w B+R zwiększyło swoją produkcję o określony procent. To są realne dane, dużo bardziej miarodajne niż mówiące o deklaracjach, że "X % firm chce inwestować w B+R".

Właściwym miernikiem nie jest też ilość publicznych środków pieniężnych przelanych na naukę, ale to, ile z projektów, które zostały sfinansowane z tych środków, osiągnie sukces komercyjny, ile projektów pojawi się na rynku - zostanie wdrożonych do naszej codzienności. Wydaje się, że powoli zaczynamy podążać właściwą drogą – coraz więcej środków jest dystrybuowanych jako instrument finansowy lub fundusz zalążkowy, a więc to doświadczeni menadżerowie decydują o tym, dokładając swoje prywatne pieniądze, w jakie spółki portfelowe zainwestować.

Zmieniła się także droga przepływu środków publicznych na naukę - w poprzedniej perspektywie finansowej, a przynajmniej w jej pierwszych 4-5 latach, finansowane były jednostki naukowe i konsorcja złożone z jednostek naukowych, czyli środki trafiały najpierw do nauki, a potem wytworzone w ten sposób technologie miały trafić na rynek. Okazało się, że taki sposób dystrybucji pieniędzy przyniósł mizerne rezultaty – wykazał to program Bridge Mentor przeprowadzany przez NCBR, którego głównym zadaniem było sprawdzenie efektów projektów z pierwszej osi priorytetowej Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.

Analiza dowiodła, że tylko kilkanaście ze sfinansowanych projektów ma potencjał komercyjny. Stąd nowa droga inwestowania – środki publiczne mają najpierw trafiać do biznesu, a dopiero w drugiej kolejności biznes ewentualnie zamawia to, czego potrzebuje w nauce. Ten model ma szansę przynieść wymierne efekty.

Powinniśmy pokazywać dobre praktyki i sukcesy. To one tak naprawdę są prawdziwym miernikiem tego, czy stworzymy w Polsce ekosystem innowacji, czy nie. Powinniśmy pokazywać, że nasze firmy są w stanie wejść na rynek globalny, że potrafią sprzedawać swoje produkty i usługi na całym świecie. Najlepszymi tego przykładami są chociażby Live Chat, Estimote czy też G2A, CD Projekt RED i szereg innych polskich producentów z branży gier wideo.

Chciałbym pisać o tym, co realne, także w moim świecie prawniczym, a nie czymś będącym teorią – opisem kolejnej ustawy lub danych z kolejnego raportu. A realne jest to, co zmienia lub blokuje zmianę naszej rzeczywistości.
Trwa ładowanie komentarzy...